2001-12-22
Dziennik Zachodni
Autor: Trzcionka Wojciech
KRĄŻĄ WILKI
WISŁA. Wataha drapieżników zabija owce i sarny
Myśliwi są za odstrzałem, a ekolodzy proponują odstraszanie
Ponad 200 saren, 24 owce i 2 psy zagryzła wataha wilków grasująca od lata w okolicach Malinki i Czarnego w Wiśle. Tak wynika z wyliczeń myśliwych. Hodowcy owiec są bezradni, bo na szybkie odszkodowania nie mają co liczyć, zaś myśliwi próbują załatwić zezwolenie na odstrzał drapieżników.
- Zwierzyny w lasach już prawie nie ma. Jak tak dalej pójdzie, zrezygnujemy z prowadzenia koła myśliwskiego, a teren oddamy pod opiekę nadleśnictwa - mówi Adam Madzia, prezes Koła Łowieckiego Jarząbek. - Mieliśmy 300 saren, teraz natrafiamy już tylko na plamy krwi po zagryzionych zwierzętach. Sarny zniknęły prawie całkowicie - załamuje ręce Madzia.
Przez wiele lat wilków w Beskidzie Śląskim nie było. Wróciły dwa lata temu. Prawdopodobnie przyszły z Żywiecczyzny albo ze Słowacji. Zamieszkały na Zielonym Kopcu w Wiśle. Świadczą o tym nory, w których samice wychowywały młode oraz odchody, kości i resztki pożartych łań. Zdaniem myśliwych z Jarząbka, na Zielonym Kopcu mieszkało latem 10-14 wilków. Tyle z ambon naliczyli leśnicy i myśliwi. Teraz nie wiadomo gdzie drapieżniki bytują, bo wataha tylko na czas wychowywania młodych pozostaje w jednym miejscu.
- Jak przestanie sypać śnieg, pójdę ich tropem. Uważam, że podejdą niedługo do Brennej i Ustronia - mówi Madzia.
Wilki, choć boją się ludzi i unikają z nimi kontaktu, w Wiśle podchodzą blisko domostw. W Malince zagryzły ostatnio kolejne cztery owce i dwie łanie. Myśliwi uważają, że zagrożone mogą być dzieci, które leśnymi ścieżkami wracają ze szkoły.
- Wilk zazwyczaj atakuje w nocy, ale te robią to również w dzień. Gdy w lesie będzie coraz mniej zwierzyny, głodne wilki mogą wyjść na polany i mogą zacząć atakować dzieci - przekonuje prezes Madzia.
Drapieżniki są pod pełną ochroną. Zezwolenie na odstrzał dostaje się po długiej i skomplikowanej procedurze. Wiślańscy myśliwi zainteresowali już tym burmistrza, który musi wystąpić o zgodę do krajowego konserwatora przyrody. Myśliwi nie liczą jednak, że ją dostaną, gdyż w Polsce silne są organizacje działające na rzecz wilka.
- To problem Wisły. Wszystkie pisma, które w tej sprawie muszą wyjść z urzędu, na pewno wyjdą - przekonuje burmistrz Jan Poloczek.
- Kilka wilków w lesie nie zaszkodziłoby, ale teraz jest ich stanowczo za dużo. Jeden osobnik potrzebuje rocznie 700-800 kilo mięsa. Nielegalnie strzelać nie będziemy, bo za to można stracić broń i nawet trafić za kratki - zapewnia Madzia.
Zdaniem Stowarzyszenia dla Natury Wilk, wyliczenia wiślańskich myśliwych co do liczby zagryzionych zwierząt są przesadzone. - Zginęły owce, które były źle nadzorowane. Stada trzeba chronić poprzez fladry, sznury ze wstążkami, których wilki się boją. Właśnie prowadzimy taki program ochrony - mówi Sabina Nowak, prezes stowarzyszenia Wilk. - Drapieżniki pełnią ważną funkcję w przyrodzie. Dlatego objęto je ochroną, bo jedzą zwierzęta kopytne, których jest nadmiar. Nie przerzucą się nagle na jogurty.
Hodowcy mogą występować o odszkodowania do sądu, ale pieniędzy nie powinni się szybko spodziewać. Śląsk jest jedynym województwem, w którym nie stosuje się uproszczonej procedury odszkodowawczej. W Małopolsce i na Podkarpaciu o odszkodowaniach decyduje wojewoda, więc sprawy załatwiane są szybko.
- Będziemy na ten temat rozmawiać z wojewodą. Sądzimy, że sprawę da się uregulować - przekonuje Sabina Nowak.
Tekst i zdjęcie:
WOJCIECH TRZCIONKA
Myśliwi uważają, że odstrzał wilków załatwi problemy występujące w wiślańskich lasach.